poniedziałek, 31 grudnia 2012

Jak zostać sławnym blogerem?

Dawno dawno temu w pewnym nadbałtyckim kraju gdzieś pomiędzy Bugiem a Odrą, był sobie pewien bloger. Kominkiem go zwali. Zanim zyskał popularność. ... cóż jakąś popularnością to już się cieszył ... powiedzmy, zanim stał się legendą, miało miejsce pewnie zdarzenie. Ów bloger spróbował budyniu produkcji dość znanej marki (... a może to był kisiel ... nie chyba jednak budyń). Produkt ten okazał się w mniemaniu Kominka dosyć niesmaczny. Zaowocowało to zdarzenie dość niepochlebnym wpisem na jego blogu. Wpis, który można by przypuszczać zginie w gąszczu najróżniejszych tekstów przeplatających się przez ten i przez inne blogi, stał się legendą. Wzbudził ten wpis na blogu ostrą reakcję producenta i ogólno krajowy szum medialny. Wraz z legendą wpisu o budyniu rosła popularność Kominka, do tego stopnia że do dzisiaj jest znany jako jeden z najsłynniejszych blogerów w Polsce. Wszystko za sprawą konfliktu między nim a producentem felernego produktu.


Wiele osób uważa że to zdarzenie zmieniło na dobre polską blogosferę. Nie ze względu na poczynania Kominka. Nie koniecznie dla tego że było jeszcze wiele przypadków konfliktów między blogerami a korporacjami. Wytworzyło to opinie że bloger "zawsze wygrywa". Bloger nie odnotowuje zazwyczaj bezpośrednio korzyści materialnych. Rzadko zostaje też pociągnięty do odpowiedzialności. A przynajmniej taki obraz rzeczywistości się kreuje w internecie. W takiej sytuacji bloger zyskuje zawsze coś bardzo istotnego w profesji której się podjął: rozgłos. A to jest już wielkie zwycięstwo.

Jest takie słowo w języku angielskim: hate co oznacza nienawidzić. Na podstawie tego słowa polscy internauci ukuli pojęcie hejtować - w potocznym języku można by to ująć "obrzucaniem mięsem" z częstotliwością kwalifikującą się na nękanie. Osoby/internauci dokonujący tego rodzaju są hejterami.

Niewątpliwie tego rodzaju celowe zabiegi stały się dźwignią do sławy wielu blogerów. Przykład Kominka pokazał że sławę tak można zyskać. Ale przykład dla wielu blogerów nie jest na tyle czytelny, by zauważyć że to nie wystarczy by sławę utrzymać. 

Tak czy owak wielu początkujących blogerów poczuło wiatr w żagle, wskazówkę jak działać by zyskać popularność, rzesze czytelników, a potem kto wie, może i reklamodawców. Tak jak ci słynni blogerzy.
Twórca bloga zyskał miano boga w internecie. W tych paru głośnych sprawach bloger został ukazany ja ktoś nietykalny, ktoś kto może powiedzieć wszystko, nie ponosząc za to prawie żadnych konsekwencji.
"Mam bloga i nie zawaham się go użyć" mówił Maciej Budzich (Mediafun.pl). Te przykłady medialne działają budująco na ego pomniejszych blogerów. Mamy władzę. Nasze słowo się liczy. Korporacje się nas boją, próbują z nami iść na układy by nas uciszyć. Jesteśmy blogerami, mamy władzę. Takie przesłanie można bardzo często wyczytać na wielu blogach. Prowadzi do sytuacji, że nawet jeśli przeciętny początkujący bloger przystępuje do twórczości z poczuciem [jakiejś] misji, to przedkłada ją na dalszy plan. Najpierw szczucie, hejtowanie, tabloidyzacja treści, byle by zyskać sławę, czytelników. Cel właściwy niknie.
Obraz blogera zaczyna się zmieniać, w kierunku zakochanego w siebie egocentryka i hedonisty.
Pocieszać się można że na szczęście wyjątki od reguły wykreowane i uwypuklone przez media. Pytanie brzmi więc o kim to gorzej świadczy o blogerach hejterach czy jeszcze większej liczbie czytelników tego typu blogów.